Wyruchałem panią doktor w gabinecie podczas wizyty
Gabinet pachniał środkiem dezynfekującym, kawą z ekspresu w recepcji i czymś jeszcze – lekkimi, droższymi perfumami, które nie pasowały do białych ścian i plakatów o cholesterolu. Była wpół do szóstej. Ostatni termin. Recepcjonistka już zbierała torbę, gdy wchodziłem, rzuciła tylko: „Doktor Wilk czeka, proszę prosto”. Drzwi domknęły się za mną z miękkim kliknięciem.
Siedziała za biurkiem. Biały fartuch rozpięty na pierwszy guzik, pod spodem czarna bluzka, włosy spięte w niedbały koczek, cienkie okulary na nosie. Dr Aleksandra Wilk. Czterdzieści dwa, może trzy. Znałem ją z widzenia z kliniki – zawsze opanowana, zawsze o dwa stopnie za atrakcyjna na to miejsce. Podniosła wzrok znad tabletu i przez sekundę nic nie powiedziała. Tylko mnie zmierzyła.
— Pan Jakub Lewandowski. Kontrola po wynikach. Proszę usiąść.
Głos miała niski, spokojny, jakby właśnie znieczulała kogoś słowami. Usiadłem na krześle naprzeciwko. Ona wstawała, brała ciśnieniomierz, mankiet. Podeszła bliżej.
— Koszulę proszę rozpiąć. Albo lepiej ściągnąć.
Ściągnąłem. Powietrze w gabinecie nagle stało się gęstsze. Jej dłonie były chłodne, gdy zakładała mankiet na ramię. Palce musnęły wewnętrzną stronę łokcia, potem nadgarstek, sprawdzając tętno. Stała tak blisko, że czułem ciepło jej ciała przez fartuch i delikatny zapach skóry pod perfumami. Patrzyła w manometr, ale kącik jej ust drgnął.
— Sto trzydzieści na osiemdziesiąt. Lekko podwyższone. Stres? — zapytała, nie odsuwając się od razu.
— Może. Albo widok pani doktor w tym świetle.
Uniosła brwi znad okularów. Nie obraziła się. Wręcz przeciwnie – uśmiechnęła się krótko, prywatnie, jakby testowała, czy żartuję, czy już przekraczam.
— Pan jest bezpośredni. To rzadkość o tej porze. Proszę na leżankę. Zbadam brzuch i osłucham.
Położyłem się. Papier medyczny zaszelescił pod plecami. Ona stanęła z boku, wzięła stetoskop, ogrzała go oddechem – ten gest wydał mi się nagle erotyczny. Zimna głowica przywarła do mojej klatki. Przesuwała ją powoli, palce drugiej ręki opierała o moje żebra dla równowagi. Patrzyła w punkt przed siebie, ale jej biodro prawie dotykało mojego uda.
— Oddychać głęboko… jeszcze… tak.
Gdy schylała się niżej, fartuch rozchylił się odrobinę i zobaczyłem linię dekoltu, czarny koronkowy brzeg biustonosza. Nie odwróciła wzroku wystarczająco szybko – złapała, że patrzę. Nie cofnęła się. Zamiast tego jej dłoń spoczęła płasko na moim brzuchu, badając.
— Miękki. Bez oporów. — Palce przesunęły się niżej, tuż nad linią spodni, rzekomo sprawdzając wątrobę. Zostały tam sekundę za długo. — Pan niedawno ćwiczył?
— Staram się.
— Widać.
To „widać” powiedziała ciszej. Zdjęła okulary jedną ręką i odłożyła na biurko. Bez nich wyglądała ostro, drapieżniej. Włosy lekko wypadły z koka przy uchu. Oparła się biodrem o brzeg leżanki, nie odsuwając dłoni całkiem.
— Wyniki ma pan dobre. Ciśnienie do obserwacji. Mógłby pan już iść… — zawiesiła głos. — Ale recepcja jest pusta. Ja też kończę. I od dziesięciu minut nie myślę o pana morfologii.
Podniosłem się na łokciu. Nasze twarze znalazły się bliżej niż przy badaniu. Czułem jej oddech – miętowy, ciepły.
— To o czym myślisz, doktor?
Ola (bo nagle stała się Olą) przejechała palcem po brzegu fartucha, potem po moim mostku w dół, zatrzymując się na ostatnim żebrem.
— O tym, że od pierwszej wizyty pół roku temu zauważam, jak na mnie patrzysz. I że dziś założyłam te majtki specjalnie. Czarne. Dopasowane. Na ostatnią wizytę.
Powietrze stanęło. Jej dłoń spoczęła na moim udzie, wysoko, kciuk od środka. Nie ściskała jeszcze. Tylko leżała tam, ciężka, obiecująca. Ja uniosłem rękę i złapałem ją za nadgarstek – nie odsuwając, tylko przytrzymując.
— Drzwi są zamknięte? — zapytałem chrapliwie.
— Na klucz. Żaluzje opuszczone. Nikt nie wejdzie.
Wstała powoli, nie puszczając kontaktu wzrokowego. Stanęła między moimi rozstawionymi kolanami, gdy siedzieliśmy tak na skraju leżanki. Fartuch otarł się o moje nagie toru. Schyliła się, a jej usta znalazły się przy moim uchu.
— Jeszcze mogę udawać, że to tylko badanie — wyszeptała. — Albo mogę wziąć panu rękę i położyć ją tam, gdzie od pięciu minut chce ją mieć. Wybieraj, Kuba. Szybko. Bo zaraz sama wybieram.
Jej piersi w czarnej bluzce unosiły się centymetr od mojej klatki. Dłoń na moim udzie wreszcie ścisnęła. Drugą poprawiła mi włosy z czoła w geście, który nie miał nic wspólnego z medycyną. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu wypełnionym tylko buczeniem lodówki na leki i naszym oddechem.
Trzymałem jej nadgarstek. Ona trzymała moje udo. Jeszcze jeden ruch i granica runie. Jeszcze jeden oddech i ta pani doktor przestanie być tylko panią doktor.
— Ola… — wydusiłem.
Ona tylko kiwnęła głową, ledwie zauważalnie, a jej kolano wsunęło się między moje nogi.
— Wiem. Ja też.
Napięcie było już nie do wytrzymania. Powietrze iskrzyło. Oboje wiedzieliśmy, że za sekundę przestaniemy udawać.
Nie było już żadnego wyboru. Szarpnąłem ją za fartuch i przyciągnąłem do siebie. Usta Oli wpadły na moje mokro, głodno, z zębami i językiem. Pocałunek smakował miętą i czymś ostrzejszym – jej niecierpliwością. Rozerwałem guziki fartucha, pociągnąłem go z ramion. Spadł na podłogę z cichym szelestem. Pod spodem czarna bluzka i spódnica do kolan. Bluzkę ściągnąłem przez głowę jednym ruchem. Biustonosz był koronkowy, dokładnie taki, jak zapowiedziała. Piersi wypłynęły ciężkie, z ciemnymi sutkami już twardymi. Wziąłem je w dłonie, ścisnąłem, a potem wessałem prawy sutek głęboko, gryząc lekko.
Ola jęknęła i wpiła mi paznokcie w kark.
— Kurwa, Kuba… od pół roku na ciebie czekałam w tym fotelu — sapnęła. — Rżnij mnie już. Tu. Na tej leżance.
Zerwałem jej spódnicę w dół razem z majtkami. Czarne, mokre stringi zostały na jednym kostce. Cipka była ogolona, wargi spuchnięte i lśniące. Zapach jej podniecenia zmieszał się z zapachem środka dezynfekującego i lateksu. Położyłem ją na leżance, papier medyczny zmiął się pod jej plecami. Rozsunąłem jej uda szeroko i wsunąłem twarz między nie bez chwili wahania.
Liizałem ją płasko, od dziurki po łechtaczkę, ssąc głośno. Dwa palce weszły od razu – była piekielnie mokra i gorąca. Ola wygięła się, złapała za brzeg leżanki i jęknęła pełną piersią.
— Tak… właśnie tak liż panią doktor… o jebana…
Rżnąłem ją palcami w rytm języka. Jej soki spływały mi po brodzie na klatkę. Doszła szybko, biodra podrywając mi prosto w usta, z drżeniem, które wstrząsnęło całą leżanką. Nie dałem jej odsapnąć. Wstałem, rozpiąłem spodnie, ściągnąłem je razem z bokserkami. Kutas wyskoczył twardy, gruby, żyłkowany, już cieknący. Ola spojrzała na niego i oblizała usta.
— Weź mnie. Teraz.
Przyłożyłem główkę do jej szparki i wbiłem się jednym, długim, twardym pchnięciem aż po jaja. Krzyknęła. Ściany jej cipki ścisnęły mnie pulsująco, mokro, idealnie. Przez sekundę stałem nieruchomo, patrząc w dół: pani doktor rozłożona na leżance w swoim gabinecie, nogi szeroko, moje jaja przyciśnięte do jej tyłka, stetoskop jeszcze leżący obok na szafce.
Zacząłem ruchać. Mocno. Głęboko. Leżanka skrzypiała i przesuwała się po podłodze. Każde uderzenie bioder wydobywało z niej mokry odgłos i krótki, złamany jęk. Trzymałem ją za uda, rozchylając jeszcze szerzej, patrząc jak mój kutas znika w niej po sam korzeń i wychodzi lśniący jej sokami.
— Patrz na mnie — warknąłem. — Patrz, jak cię pierdolę zamiast badać.
Ola patrzyła, usta otwarte, okulary gdzieś na biurku, włosy całkiem już rozpuszczone. Jedną ręką ściskała sobie sutek, drugą tarła łechtaczkę w takt moich pchnięć.
— Twardziej… Kuba… jeb mnie jak ostatnią dziwkę, nie jak pacjentkę… kurwa, głębiej…
Przyspieszyłem. Skóra klaskała o skórę. Przesunąłem ją bliżej brzegu leżanki, uniosłem jej nogi na moje barki i waliłem pod kątem, trafiając za każdym razem w to miejsce w środku, które sprawiało, że jej oczy przewracały się. Doszła drugi raz głośno, zaciskając się tak mocno, że prawie wypchnęła mnie. Soki trysnęły mi na brzuch i uda.
Wyjąłem mokry kutas, odwróciłem ją gwałtownie twarzą do leżanki, wgiąłem w pasie i wbiłem od tyłu jednym ruchem. Jedną ręką wplotłem jej w włosy i odgiąłem głowę, drugą trzymałem za biodro aż bielały palce. Pierdoliłem ją teraz zwierzęco – do oporu, jaja uderzały o spuchniętą cipkę, papier medyczny darł się pod jej dłońmi. Ola pchała się na mnie sama, wyginała krzyż, podstawiała tyłek.
— Napełnij mnie… spuść się w panią doktor… chcę to poczuć, jak wyjdę do domu…
Te słowa rozwaliły resztki kontroli. Kilka ostatnich, szalonych pchnięć i wbiłem się po same jaja, rycząc jej imię. Kutas drgał, grube fale spermy strzelały jej głęboko do środka, fala za falą. Ola doszła trzeci raz tylko od tego uczucia wypełnienia, ściskając mnie rytmicznie, doiąc każdą kroplę.
Zostaliśmy tak, dyszący, spięci, mój kutas jeszcze twardy i pulsujący w jej cieple. Wyjąłem powoli. Z rozwartej, zaczerwienionej cipki wypłynął gęsty strumień mojej spermy i spłynął po jej udzie na zmiętym papierze. Spojrzałem na to i poczułem dziką, brudną satysfakcję.
Ola odwróciła spoconą twarz, usta spuchnięte, włosy na twarzy. Uśmiechnęła się leniwie, zniszczona i wciąż głodna.
— To dopiero początek wizyty, Kuba — wyszeptała chrapliwie. — Mam jeszcze biurko. I fotel. I dobre pół godziny, zanim ktokolwiek zauważy, że nie wyszłam.
Podniosłem ją z leżanki, przyciągnąłem z powrotem do siebie. Już twardniałem ponownie na sam widok jej ociekającego ciała w moim gabinecie.
Nie dałem jej nawet domknąć nóg. Podniosłem Olę z leżanki, odwróciłem i posadziłem na skraju biurka. Kartki z wynikami posypały się na podłogę, stetoskop spadł z hukiem. Wszedłem w nią znowu jednym pchnięciem, trzymając za uda. Biurko drżało. Jej piersi podskakiwały mi prosto w twarz, więc wziąłem sutka w usta i ssałem mocno, gryząc, podczas gdy biperałem ją krótkimi, twardymi uderzeniami.
— Badanie jeszcze nie skończone, doktor — warknąłem jej w piersi. — Muszę sprawdzić, jak głęboko pani wytrzymuje.
Ola roześmiała się chrapliwie, a potem jęknęła, gdy wbiłem się aż po jaja.
— To… o kurwa… to najdokładniejsze badanie, jakie miałam… nie przestawaj…
Wyciągnąłem się, odwróciłem ją twarzą do blatu, rozłożyłem jej dłonie na blacie i wszedłem od tyłu. Jedną ręką sięgnąłem po lateksowe rękawiczki z szafki, założyłem jedną i wsunąłem palce między jej nogi, tarąc łechtaczkę przez cienką warstwę gumy, podczas gdy kutas rżnął ją bez litości. Ola krzyczała w zaciśnięte zęby, biodra pchała do tyłu.
— Brudniej… mów do mnie brudniej — zażądała.
— Jesteś panią doktor, która właśnie dostaje w swój gabinecie jak ostatnia szmata — szeptałem jej prosto w ucho, przyspieszając. — Za chwilę wyjdziesz do samochodu z moją spermą spływającą po udach i będziesz czuła to przy każdej zmianie biegów.
Doszła gwałtownie, zaciskając się na mnie tak mocno, że musiałem stanąć, żeby nie spuścić od razu. Wyjąłem, podniosłem ją i przeniosłem na fotel lekarski. Usadowiłem się, a ona usiadła na mnie twarzą w twarz, wsuwając się powoli na twardego kutasa. Zaczęła jeździć. Powoli najpierw, potem coraz szybciej, piersi w mojej twarzy, paznokcie w moich barkach. Trzymałem ją za tyłek obiema rękami i pchałem do góry w rytm, aż fotel skrzypiał jak szalony.
— Od pierwszej wizyty chciałem ci to zrobić — sapnąłem. — Siedziałaś w tym fartuchu, mówiłaś o morfologii, a ja myślałem tylko o tym, jak rozjebię ci cipkę na tym fotelu.
— Wiedziałam… — wydyszała. — Widziałam ten wzrok. Dlatego dziś nie miałam majtek już po badaniu ciśnienia…
Przyspieszyła, kręcąc biodrami, tarła sobie łechtaczkę o moją nasadę. Doszła znowu, drżąc, z długim, łamiącym się jękiem. Tym razem wziąłem ją mocniej za biodra i rżnąłem od dołu jak maszyną, aż sam eksplodowałem drugi raz – głęboko, pulsując, wypełniając ją kolejnym gęstym ładunkiem. Ola przyjęła wszystko, kręcąc się na mnie, doiąc resztki.
Jeszcze nie było dość. Ściągnąłem ją na podłogę, na zmięt y fartuch i papier. Położyła się na plecach, rozłożyła nogi szeroko, a ja wszedłem trzeci raz – wolniej, głębiej, patrząc jej w oczy. Żaluzje przepuszczały tylko cienkie paski światła. W tle buczała lodówka na leki. Ruchałem ją miarowo, prawie czule, ale słowa zostawały brudne.
— Jutro przyjmiesz pacjentów i będziesz czuła, jak we mnie jeszcze ścieka.
— Tak… i będę klipsować nogi mocniej… kurwa, Kuba, mocniej…
Przyspieszyłem na koniec. Ola doszła ze mną – czwarty raz u niej, trzeci u mnie – nogi sczepione na moim grzbiecie, cipka drgająca w rytm moich ostatnich spustów. Wbiłem się po same jaja i oddałem resztę, aż poczułem, że jestem pusty.
Padliśmy na podłogę gabinetu, dyszący, mokry od potu, spermy i jej soków. Ola leżała na moim ramieniu, jedna noga przerzucona przez moje biodro. Moja sperma powoli wypływała z niej na fartuch. Przez dłuższą chwilę słychać było tylko nasz oddech i daleki szum klimatyzacji.
W końcu uniosła głowę. Włosy sklejone, usta spuchnięte, ślad moich zębów na szyi. Uśmiechnęła się leniwie.
— Wizyta kontrolna za tydzień — wyszeptała. — I tym razem… proszę przyjść bez majtek. Ja też nie założę.
Pocałowałem ją jeszcze raz, wolno, głęboko, a potem pomogłem jej wstać. Ubierała się powoli, poprawiając koczek, zakładając fartuch na nagie ciało. Ja zbierałem ubrania z podłogi. Gdy otworzyła drzwi gabinetu, pachniała jeszcze seksem i środkiem dezynfekującym.
— Do zobaczenia, panie Lewandowski — powiedziała oficjalnym tonem, ale oczy miała wciąż dzikie.
Wyszedłem na pusty korytarz z uczuciem, że właśnie zaliczyłem najlepszą wizytę w życiu. I że za tydzień wracam po więcej.


